piątek, 23 lutego 2007
środa, 21 lutego 2007
Słownik pojęć nieprzydatnych cz.2
I oto kolejna dawka słówek... średnio przydatnych ;) perch – der Flussbarsch, e – okoń
curl-paper – der Papierhaarwickel, - (Papierhaarwickler) – papilot
raja(h) - der Radscha – radża
rascal – der Schurke, n – gagatek
demonic possesion – das Besessensein vom Teufel – opętanie przez diabła
grave – die Beinschiene, n – nagolennik
photophobia – der Lichtscheu, pl – światłowstręt
hospice – das Hospiz, e – hospicjum
farmyard – der Wirtschaftshof. höfe – obejście w gospodarstwie rolnym
to pervert – verderben – wypaczać (demoralizować)
Środa (nie)katolicka
Memento homo, quia pulvis es et in pulverem reverteris ŚRODA POPIELCOWA, CARL SPITZWEG Środa Popielcowa to dziwny dzień. Jeszcze wczoraj wszyscy spędzali czas świętując zakończenie karnawału i wcinając pączki. Dziś kościoły w całej Polsce, jak rzadko kiedy poza wielkimi świętami katolików, napełniły się tłumami wiernych, niewiernych, wątpiących i poszukujących. Bo Wielki Post to czas potrzebny nie tylko wierzącym, ale przede wszystkim tym, którzy gdzieś na drogach życia się pogubili. Stąd tytuł dzisiejszego wpisu. Nie chcę tu mówić o czysto katolickim wymiarze dzisiejszego dnia, bo jego przesłanie wydaje mi się znacznie szersze.
Od wieków człowiek poszukiwał wszelkiego rodzaju odpowiedzi na pytanie egzystencjonalne. Ostatecznie ludzkość podzieliła się na wielkie religie monoteistyczne, w których trwa po dzień dzisiejszy. Różnica polega właściwie tylko na tym, że kiedyś religie i ich przywódcy walczyli z herezjami, dziś muszą stawić czoło ateizmowi, deizmowi i innym prądom myślowym podważającym bądź to boską działalność, bądź samo boskie istnienie. Dziś panuje też o wiele większa tolerancja religijna. Każdy, przynajmniej w krajach tzw. Cywilizacji zachodniej, może wyznawać bądź nie co chce, kiedy chce i gdzie chce. I większość ludzi z tej możliwości korzysta. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie wydaje mi się pozostawać w indywidualnej kwestii każdego z osobna. Być może wynika to z potrzeby znalezienia odpowiedzi na pytanie o los człowieka po śmierci. Być może jest to skutkiem naturalnej potrzeby człowieka do wiary w istotę wyższą Odpowiedź pozostawiam każdemu z osobna.
I w ten nurt odwiecznych poszukiwań człowieka doskonale wpisuje się Środa Popielcowa. Nie dlatego, że od dziś przez najbliższe 40 dni (a tak naprawdę prawie 50) Kościół katolicki będzie wzywał swoją olbrzymią rzeszę wiernych do nawrócenia, ale dlatego, że dziś dostajemy wszyscy niepowtarzalną okazję, aby się wyciszyć, aby odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie – Kim ja jestem i do czego dążę? Pytanie z pozoru błahe, w końcu każdy wie jak się nazywa i jakie ma plany i marzenia. Jednak rzeczywistość, często w bardzo brutalny sposób, pokazuje, że tak naprawdę nasze życie nie układa się tak jak sobie tego zażyczyliśmy. Wręcz przeciwnie. Okazuje się, że to co było naszym życiowym marzeniem nigdy się nie spełni. I nie zawsze wynika to z naszej złej woli, lecz równie często jest to kwestia nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. I co wtedy? Kolejne pytanie, które warto zostawić bez odpowiedzi.
Środa Popielcowa to okazja by się na chwilę w wirze codziennych spraw i obowiązków, których nigdy nie ubywa dać sobie chwile na zamyślenie. Przemyśleć, jakie tak naprawdę jest moje życie. Często człowiek może być zaskoczony, bo okaże się, że to, do czego dąży wcale nie jest takie ważne. Że to co wydawało mu się tak bardzo niezbędne do życia nie ma żadnego znaczenia. I warto zdobyć się na takie, niełatwe często, przemyślenia. Bo one nas kiedyś znajdą. Tylko, że nie będzie to kolejna Środa Popielcowa – być może będzie to dzień jakieś życiowej porażki, jeśli nie tragedii. Bo człowiek jest istotą duchową. Kocha i chcę być kochany. Nie możemy temu człowiekowi pozwolić, żeby zapomniał o swojej duchowości, bo kiedyś może się okazać, że choć materialnie i intelektualnie jego życiem było pasmem sukcesów, to jego życie wewnętrzne jest puste. A pustki należy się bać.
I ważne jest pokora. Stąd warto posypać swoją głowę popiołem. Ale nie dla samego symbolu, lecz dla prawdziwego zniżenia się ze swoich wyżyn intelektualnych i spojrzenia innym ludziom w oczy. Co w nich można zobaczyć? Człowieczeństwo – uczucia, emocje, czasem wołanie o pomoc. Bo Środa Popielcowa nie tylko jest okazją do zastanowienia się nad swoimi relacjami z tą przysłowiową „Górą”, lecz także okazją by w tym codziennym biegu zobaczyć drugiego człowieka. Bo każdy człowiek jest wartościowy, trzeba tylko troszkę poszukać. * * * Ks. Jan Twardowski
Od ciemnej grudki prochu, którą smolisz ręce,
z namaszczeniem rzuconej w Popielcową Środę –
cichutka radość wzbiera. O, rzuć prochu więcej,
na warkocz, na czuprynę, w książeczki, na brodę...
Bo przecież od tej grudki – wiosna w drzwiach kościoła
(...) Będzie więcej spowiedzi i dobrych przyrzeczeń –
wiele rzeczy skradzionych powróci w czas krótki –
a wszystko się rozpocznie po prostu od Środy,
i właśnie od popiołu... od smolącej grudki.
wtorek, 20 lutego 2007
Słownik pojęć nieprzydatnych cz.1
Postanowiłem, że MOICH IMPONDERABILIACH codziennie będzie można znaleźć 10 słówek z angielskiego i niemieckiego. Dzięki temu każdy będzie mógł rozwijać swoje słownictwo. Tylko, że nie będzie tu słówek typu "pić", "jeść", "kot". Znajdziecie tu takie, które są mało przydatne, ale za to jak prestiżowo jest je znać ;) sundew - der Sonnentau, e - rosiczka imponderables - Imponderabilien pl, Unwägbarkeiten pl - zgadnijcie shirker - der(die) Drückeberger(in) - bumelant paten - die Patene - patena (to, co podstawia nam ministrant przy komunii) stinkhorn - Die Stinkmorchel - sromotnik (grzyb) beaver - der Biber, - - przyłbica egg-shaped - eiförmig - jajogłowy bog - das Moor - mokradło prie-dieu - der Betstuhl, stuehle - klęcznik entrenchment - Schützengräben pl - okopy, umocnienia, szaniec
Coca-Cola - marka znana i lubiana?
Co by nie mówić o szkodliwości Coca-Coli oraz dokonanej przez nią amerykanizacji kultury jest to wciąż napój lubiany w każdym zakątku globu ziemskiego. I nie są w stanie go zastąpić żadne tańsze substytuty.
Zanim przejdę do sedna dzisiejszego artykułu pragnę poinformować, że artykuł nie jest do końca obiektywny, bo dotyczy tylko jednej marki napoju typu cola. Pepsi pominąłem z powodu czysto subiektywnych – po prostu wolę mimo wszystko Coca-Colę. Odświeżone logo Coca-Coli z 2003 roku
Coca – Cola nie jest wbrew pozorom młodym napojem ( no chyba, że za punkt odniesienia posłuży nam data wynalezienia piwa czy też wina, które znane były już w świecie antycznym), bo jej receptura została opracowana już w 1886 roku przez Johna Stitha Pembertona, aptekarza z Atlanty. Co ciekawsze, początkowo Coca-Cola miała służyć jako lekarstwo „na wszystko” sprzedawane bez recepty. Napój ten nie był zresztą pierwszą próbą atlantyckiego aptekarza na lekarstwo z zawartością koki. Pierwszy napój nosił nazwę Pemberton’s French Wine Coca, jednak nie przyjął się na rynku. Podobnie zresztą było na początku z Coca – Colą. Pemberton był być może genialnym aptekarzem, jednak nie miał pojęcia o zasadach marketingu. Dlatego też po kilku latach sprzedał recepturę swojego „lekarstwa” Asy Candlerowi. Ten rejestruje w 1893 roku markę Coca-Cola i rozpoczyna swój marsz po miliony. W wyniku intensywnych działań marketingowych napój staje się prawdziwym rynkowym hitem, a producent notuje rekordowe jak na ówczesne czasy przychody. W 1912 roku było 50 milionów dolarów. Wcześniej jednak, bo już w 1906 roku rozpoczyna się międzynarodowa ekspansja napoju. Pierwszymi krajami, gdzie oprócz Stanów Zjednoczonych można kupić Colę są Kuba i Panama. Równie interesująca jest historia słynnej butelki Coca-Coli. Pojawiła się ona po raz pierwszy w 1896 roku, kiedy to dwaj amerykańscy przedsiębiorcy kupili prawa do rozlewania napojów od Asy Candlera. Od każdej butelki dostawali oni jednego dolara. Sam kształt butelki przez wiele lat ewoluował, aby osiągnąć obecny, zastrzeżony w urzędzie patentowym kształt. W 1929 roku umiera Candler, a jego przedsiębiorstwo zostaje przejęte przez grupę biznesmenów na czele których stał Robert Woodruff, który będzie kierował firmą aż do swojej śmierci w 1985 roku. W czasie jego kadencji na stanowisku prezesa The Coca – Cola Company firma stała się jednym z największych koncernów świata, a marka Coca-Coli jedną z najcenniejszych w historii. To właśnie za prezesury Woodruffa zaczęto rozlewać napój także do puszek. Stało się to faktem w 1955 roku. W 1972 napój trafia do Polski dzięki umowie koncertu z władzą ludową. Jednak nie jest on importowany z zachodu, lecz produkowany i rozlewany w warszawskich browarach na licencji amerykańskiego koncernu. W 1985 władze Coca – Coli podejmują próbę zmiany receptury napoju, co spotyka się z ostrą krytyką konsumentów. Koncern wprowadza, więc na rynek tymczasowe dwa, różnorecepturowe napoje. Po krótkim jednak czasie zbojkotowany i niepopularny napój produkowany w oparciu o nową procedurę zostaje wycofany, a na rynku pozostaje jedynie Coca – Cola Classic.  John Stith Pemberton, twórca Coca-Coli
Sama receptura Coca-Coli pozostaje tajemnicą, choć nie do końca. W Internecie znaleźć można setki przepisów na tzw. prawdziwą colę. Być może jeden z nich rzeczywiście jest właściwy, jednak ja wolę chyba z lenistwa iść do sklepu. ;) Wg ogólnych informacji Coca – Cola swój smak opiera na mieszance cukru z ekstraktami cytryny, wanilii i pomarańczy. Jednak najważniejszym składnikiem wydają się owoce i liście koki. Nie oznacza to jednak, że w Coca-Coli znajduje się kokaina, bo jej produkcja byłaby w takim wypadku bardzo droga i po prostu nieopłacalna. W dawnej recepturze napoju wykorzystywano liście kokainy, jednak były to ilości śladowe, które zostały wyeliminowane wraz z korektami w recepturze. Oprócz wyżej wymienionych składników w Coca-Coli znajdziemy też karmel, który nadaje jej odpowiedni, ciemnobrązowy kolor oraz niewielkie ilości kofeiny - 10 mg/100 ml.  Intensywna promocja nowej receptury niepomogła. New Coke szybko została wycofana z rynku.
Dziś Coca-Cola to nie tylko napój. To także pewnego rodzaju symbol. Symbol USA i tego, co Stany wniosły do światowej kultury. Ze względów humanitarnych nie będę tego komentował… Nie neguje to jednak olbrzymiego sukcesu napoju na przestrzeni 120 lat. To Coca- Cola jest nieodłącznie związana ze światowym konsumizmem. To Coca-Cola zrealizowała najdroższą kampanię reklamową w historii świata. To Coca – Cola jest rozpoznawalna przez małe dzieci nawet w bardzo ubogich krajach. Inna sprawa, że to Coca-Cola nie czuje się zupełnie zobligowana, aby przeznaczyć, choćby 1 % swoich olbrzymich dochodów na pomoc takim krajom...
 Coca-Cola znana jest ze sponsorowania sportu. Tu specjalna butelka w kształcie piłki na Mundial 2006.
Z Cocą – Colą związanych jest oczywiście wiele mitów, zwłaszcza ten najsławniejszy o rozpuszczaniu rdzy. Ciężko mi się na ten temat wypowiadać, jednak nie wiem, czy to nie jest raczej kwestia dwutlenku węgla zawartego w każdym gazowanym napoju. Być może jakiś chemik może nam to wytłumaczyć. ;) Z innych ciekawych mitów i legend należy wymienić legendę, że to Coca-Cola stworzyła św. Mikołaja (co na to Kościół katolicki?), że pierwotnie napój ten nie miał być brązowy, a zielony, że jest to napój antysemicki (rzeczywiście w połowie XX wieku władze koncernu odmówiły współpracy z władzami Izraela!), że aspiryna zażyta z Coca – Colą działa jak narkotyk itd. itd. itd. Jeśli ktoś jest zainteresowany innym legendami miejskimi o Coli, zapraszam do linków, gdzie znajdziecie link do strony na ten temat.
 Słynne jest Muzeum Coca-Coli w Las Vegas.
Myli się ten, który myśli, że Coca – Cola to jedyny produkt z rodziny marki Coke. W samej Polsce możemy od dawna kupić Coca-Colę Light, która nie zawierając cukru ma służyć wszystkim, zwłaszcza paniom, którzy kochając Coca-Colę chcą utrzymać ładną sylwetkę. Osobiście uważam, że napój ten jest ohydny, ale to moja subiektywna ocena. ;) Innym produktem, który również na stałe zagościły na polskim rynku jest wiśniowa Cherry Coke. Oprócz tego na liście produktów „colowych” sprzedawanych w różnych miejscach na świecie, znajdziemy:
- New Coke – napój wspomniany w historii Coca-Coli; wprowadzony w 1985 roku nie wytrzymał konkurencji z Coca – Cola Classic i został wycofany z rynku

- Diet Coke – amerykańska wersja Coca –Coli Light, dostepna także w wersji bezkofeinowej

- Coke C2 – wprowadzona najpierw w Japonii, a potem w USA wersja napoju zawierająca o połowę mniej cukru (a co za tym idzie kalorii) i dwutlenku węgla. Była to odpowiedź koncernu na nowy trend dietetyczny na produktu o niskiej zawartości tlenku węgla (IV).

- Coca – Cola Zero – tym razem koncern poszedł o krok dalej i stworzył napój o zerowej zawartości kalorycznej. Ciekawe czy dało się to pić?

- Coca – Cola with Lemon – jak ktoś lubi Colę z cytrynką, to warto kupić zestaw 2w1 (dodatkowe wersja Diet Coca Cola with Lemon)
- Vanilla Coke – a jeśli ktoś nie lubi cytryn, to zawsze może wybrać wersję ze szlachetną wanilią. Co ciekawe, po raz pierwszy wprowadzono ją w 1950 roku! (nie mylicie się, jest wersja Diet)
- Coca-Cola with Lime – jeśli komuś cytryna wydaje się mało szlachetna to można zastąpić ją limetą (i można jeszcze wybrać wersje Diet)

- Coca – Cola with Rasberry – dobrze znany napój ze szlachetną malinową nutą

- Coca-Cola Blāk (pisownia oryginalna) – tym razem Coca – Cola w wersji kawowej. Wprowadzono ją kilka miesięcy temu we Francji. Ciekawe czy w Polsce mamy jakąkolwiek szansę, żeby nie musieć wyjeżdżać do Francji, aby jej spróbować (hmmmmmmmm… zawsze jest Allegro ;)
 - Coca – Cola Black Cherry Vanilla – czyli wszystko, co najlepsze w jednej butelce 
Ilość produktów typu Coke jest ogromna i ciągle powstają nowe. Szkoda, że w Polsce jakoś nie chcą uraczyć nas nieco bardziej wyszukanymi smakami niż Classic, Diet i Cherry.

Podsumowując – Coca – Cola to marka znana, choć może nie przez wszystkich lubiana. Jednak jest pewien, że duża część ziemskiej populacji miała kiedykolwiek kontakt z tym produktem. I w tym właśnie tkwi siła marki jaką jest Coca – Cola – jej uniwersalność. Pytanie tylko, czy ta uniwersalność w niektórych przypadkach nie jest już niewolnictwem.
Opracowano na podstawie kilu wersji językowych Wikipedii. Grafiki i logo są własnością Coca-Coli i są udostępnione w celach edukacyjnych.
poniedziałek, 19 lutego 2007
Panda jaka jest każdy widzi
Na moim blogu pojawił się nowy mieszkaniec. To panda wielka (gatunek zagrożony wyginięciem) o imieniu Misiek. Możecie go nawet karmić, pozwalam ;). A tak, żeby nie było za krótko ;) mały wpis o pandach wprost z Wikipedii. Panda wielka (Ailuropoda melanoleuca) - ssak z rzędu drapieżnych, z rodziny niedźwiedziowatych, jedyny przedstawiciel rodzaju Ailuropoda Milne-Edwards, 1870. Żyje w górskich rejonach centralnej części Chin, w okręgu Seszuan, Szensi, Gansu i na wschodnich obrzeżach Wyżyny Tybetańskiej.
Wprawdzie jej przynależność do drapieżnych nie ulega wątpliwości, ale dieta pandy jest ściśle wegetariańska. W rzeczywistości zwierzę odżywia się prawie wyłącznie pędami bambusa, choć - podobnie jak większość zwierząt - nie gardzi jajami i owadami, które zjada wraz z pokarmem roślinnym.
Przez długi czas była zaliczana do rodziny szopowatych jako odległy krewny pandy małej, jednak testy genetyczne wykazały, że panda wielka jest spokrewniona z niedźwiedziami, od których oddzieliła się we wczesnym rozwoju rodziny niedźwiedziowatych, jej najbliższym krewnym jest niedźwiedź andyjski.
Panda wielka należy do zwierząt na granicy wymarcia, głównie wskutek niskiej rozrodczości, ale również wskutek stopniowego ograniczania obszarów dla niej dostępnych. Panda jest symbolem World Wildlife Fund, organizacji zajmującej się ochroną środowiska i organizmów zagrożonych wymarciem. (http://www.wwf.org).
Dość niezwykła jest budowa łapy pandy. Składa się na nią pięć palców i "kciuk", który w rzeczywistości jest przekształconą kością nadgarstka. (Esej na ten temat napisał Stephen Jay Gould; tytuł eseju, Panda's Thumb, posłużył następnie za tytuł zbioru esejów na temat ewolucji.) Panda Wielka z ZOO w San Diego
Łodzianin – dzień z życia
Jestem świeżo po lekturze artykułu redaktor naczelnej łódzkiej Gazety Wyborczej. I muszę przyznać, że artykuł zachwyca mnie szczerością. Link do niego znajduje się na dole dzisiejszego wpisu. A teraz pozwólcie, że opisze mój dzisiejszy dzień z życia łodzianina.
7:00 Bolesne, zimne i nieczułe dźwięki budzika i to do tego z komórki. Rozpoczyna się mój kolejny dzień po łódzku.
8:10 Wychodzę z domu. Ciche spokojne osiedle domków jednorodzinnych jest oazą spokoju. Za chwilę jednak wszystko się zmieni.
8:20 Krańcówka (po łódzku znaczy to tyle, co pętla tramwajowa czy autobusowa) „9”. Dziś wyjątkowo motorniczy zlitował się nad pasażerami i pozwolił im wsiąść do tramwaju. Częściej panom życia i śmierci z MPK zdarza się raczej czekać do ostatniej minuty za krzakami. No bo po co pasażer ma wejść, usiąść (na lepkim od brudu siedzeniu przystanku typu zbita blacha siadać nie zamierzam) i nie marznąć? Fanaberia, prawda?
8:27 Tramwaj rusza punktualnie. Chwieje się na wszystkie strony po zniszczonych torach na Konstantynowskiej, ale jedzie. Jest to tramwaj z cyklu „po make-upu”, więc drzwi nie otwierają się i zamykają z trzaskiem, który obudziłby umarłego.
8:32 Wysiadam, aby przesiąść się na konstantynowskie 43 – jeżdżący antyk na torach, ale przynajmniej zawsze ciepły. Jednak za nim uda mi się zasiąść w tym podmiejskim cudzie, będę musiał wystawić się na działanie wiatru (całe szczęście mam odpowiednią kurtkę), bo przypadkowo na przystanku ktoś, prawdopodobnie po całonocnej imprezie pod Żabką, postanowił okazać zawartość swojego żołądka.
8:50 I oto jestem na ulicy Pomorskiej. Aby tam dojechać i popatrzeć na obskurne kamienice na tej ulicy musiałem przejechać ulicą Legionów (lub Obrońców [dzięki za korektę ;)], jeśli ktoś pamięta czasy PRL), gdzie zachwycałem się obrazem obdrapanych (choć z małymi wyjątkami) kamienic. Trochę monotonne, nie uważacie?
9:00 Przekraczam próg VIII LO. Na jakiś czas nie będę musiał oglądać łódzkich ulic. Jednak to, co widzę w środku, nie jest nowoczesną szkołą z ułatwieniami dla niepełnosprawnych. I nie jest to wina dyrekcji. Z pustego i Salomon nie naleje… Miasto od lat obiecuje, że nas przeniesie. I jakoś z tych obietnic nic nie wynika. Przecież technika, gdzie jest 100 uczniów muszą mieć dwa razy więcej miejsca niż dobra szkoła z ponad 400 uczniami… Słyszałem kiedyś anegdotę na temat urzędniczki gminnej, którą zapytano o pieniądze na wymianę antycznych już wręcz okien mojej szkole. Pani odpowiedziała: „Co wy chcecie od tych okien, przecież są piękne – wystarczy je pomalować”… (reszta jest milczeniem). Tak więc przez najbliższe parę godzin nie będę mógł obcować z łódzką rzeczywistością.
15:30 Wreszcie wychodzę ze szkoły. Wpierw odprowadzam koleżankę na Dworzec Północny. Jest to najładniejszy dworzec w Łodzi – świeżo, wyremontowany, bez meneli – być może dlatego, że nie ma tam stałych zabudowań. W każdym razie porządnie zrobiona robota i dworca nie trzeba się już wstydzić. Za to jak się widzi autobusy PKS, które za sam wygląd powinny trafić do muzeum prehistorii, to można się złapać za głowę. Na szczęście to nie jest wina władz miasta, ale PKS Łódź. A kto dzwonił na infolinię PKS to wie, jaki jest stosunek tej firmy do klienta.
16:00 Koleżanka wsiadła i ruszyła do Głowna. Ja ruszyłem w swoją stronę. Jednak zanim trafię do domu, muszę załatwić parę spraw. Pierwszy punkt to Zielony Rynek na Placu Barlickiego. Wsiadam więc w 85 i ruszam na podbój miasta. Dojeżdżam na róg Kopcińskiego i Narutowicza. Przesiadam się do 9. Zanim dojadę na Barlicki mogę popatrzeć przez brudne okno tramwaju. A tam, cóż, moja Łódź i jej najbardziej reprezentacyjny punkt Dworzec Fabryczny… Kto był sam wie jak wygląda, kto nie był temu powinszować. Całe szczęście, że to już ostatnie lata takiej „Fabryki”.
16:20 Jestem na Barlickim. Przebijam się przez tłumy kupujących i kieszonkowców, sam nie wiem kogo tam więcej. A kupić można wszystko i wszędzie. A to wszystko w zimnie, na dworze, często z obskurnych kartonów. Szczególnie miłe jest to na przystanku autobusowym. Pomiędzy tłumami pasażerów MPK stoją sprzedawcy kwiatów, bezczelnie zajmując i tak niezbyt szeroki chodnik.
16:30 Drobne zakupy zrobione. Jednak nie na rynku, ale w nowej hali targowej. Tam jest ciepło, czysto i miło. I uważam, że tak powinno wyglądać współczesne targowisko. A jeśli jakiś handlowiec nie chcę przyjąć takich warunków, to jak dla mnie jego blaszaną budę może przejechać buldożer. A on niech wróci do średniowiecza. Tam się powinien odnaleźć… A ja wyruszam w dalszą podróż, tym razem na Retkinię.
17:00 Retkinia to całkiem miłe osiedle. Wysokie bloki mają kolorową i miłą dla oka estetykę. Są tu ścieżki rowerowe, pełno tu małych, ale porządnych sklepików. W porównaniu z centrum to prawdziwa ostoja nowoczesności, choć oczywiście Gierkowskiej.
17:30 Wszystkie sprawy załatwione. Wracam do domu.
21:55 Kończę ten wpis.
To nie miała być artykuł uprawiający czarny PR wobec Łodzi. Bo ja lubię, może nawet trochę kocham swoje miasto rodzinne. Ale wierzę, że te wszystkie problemy przed jakimi muszę codziennie stawać są możliwe do wyeliminowania. I temu służy ten wpis. Ma być głosem w dyskusji o Łodzi. Być może, ktoś nie zgodzi się z tym obrazem Łodzi, ale jak wiadomo ilu ludzi, tyle opinii. Wkrótce napiszę coś więcej. A Wam wszystkim polecam lekturę artykułu o siedmiu grzechach głównych Łodzi. SIEDEM GRZECHÓW GŁÓWNYCH ŁODZI I COŚ JESZCZE http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,78965,3925267.html?as=1&ias=2&startsz=x
Ach, Tuwimie, co z tą Łodzią?
niedziela, 18 lutego 2007
Góry, moje góry
Ehhhhhhhhhhhhhhhhhhhhh. Powiem Wam szczerze, że ostatnio jestem strasznie zmęczony, pragnę uciec. Gdzie? W góry, gdzie wszystko proste tak... i bliżej nieba :). Reszta niech będzie milczeniem.
 

Zdjęcia moje i moich przyjaciół - Strużnica i okolice - Rudawy Janowickie
sobota, 17 lutego 2007
Mało misiowy Ryś
Byłem ostatnio na Rysiu w kinie. Wrażenia? Dziwne. Chciałem obejrzeć komedię, która miała być kontynuacją kultowego Misia Barei, a zobaczyłem prawie 2,5 godziną tragikomedię.
Nie żeby film był zły. Jest, można powiedzieć, poprawny. I nie brak w nim dobrych pomysłów, śmiesznych scen, a występująca plejada polskich gwiazd doskonale dopełnia ten obraz. Jednak do dobrej, a przy tym śmiesznej komedii (gatunek praktycznie zapomniany, teraz mamy albo głupie albo nieśmieszne komedie), sporo Rysiowi brakuje…
Przede wszystkim szwankuje sam scenariusz. Stanisław Tym chciał zrobić utylitarną komedię – i śmieszną, i pouczającą naród. Wyszło coś, co trudno w ogóle jednoznacznie zakwalifikować. Z jednej strony mamy super śmieszne sceny, które jednak nijak nie pasują do filmu np. scena, w której do gabinetu komisarza policji (w tej roli Krzysztof Kowalewski) wchodzi jego sekretarka i widzi swojego szefa obciskującego się ze Ryszardem Ochuckim (Stanisław Tym), którzy robią to dodatkowo w samej bieliźnie. Oczywiście scena wywołała w kinie salwę spazmatycznego, wręcz śmiechu, jednak pasuje jak przysłowiowa pięść do nosa, gdy zestawimy ją z patetyczno- prześmiewczą sceną, w której jakiś kreatywny duchowny występuje na wiecu wyborczym.
Filmowi nie pomaga też plejada polskich gwiazd. Oczywiście ich gra jest w pełni profesjonalna, lecz nic poza tym. Ani Stanisław Tym ani Zofia Merle ani Jerzy Turek ani Marek Konrad ani Krzysztof Kowalewski nie stworzyli postaci, które zapiszą się na stałe w pamięci polskiego widza. Szkoda jedynie, że genialne Łubudubu Jarząbka zastąpiły rozważania na temat wibratorów….
Czytałem, gdzieś opinie, że Stanisław Tym to doskonały aktor i satyryk. I zgadzam się z tym w 100 %. Gorzej natomiast jest z jego zdolnościami reżyserskimi. Wątki filmu wydają się chaotyczne i nie do końca zrozumiałe dla przeciętnego widza. I tak jest przez całe 2,5 godziny. Także zakończenie jest nijakie, choć być może Stanisław Tym chciał nam coś nim przekazać. Tylko czy nie powinien w takim razie zrobić filmu obyczajowego? Bo Panu Tymowi brakuje niestety tego charakterystycznego dla Stanisława Barei wyczucia na absurdy życia codziennego. Bo choć są one już inne niż w PRL-u, to ciągle są…
Podsumowując – na Rysia można iść. Ale uważam, że spokojnie można poczekać na premierę TV, która z pewnością nastąpi szybciej niż nam się wydaje. Ewentualnie można obejrzeć kultowy pierwowzór Rysia czyli Misia.
P.S. W filmie jest jeden dowcip, który mnie, rodowitemu łodzianinowi, nie może pozostać obojętny. Chodzi tu o wyśmiewanie łowców skór. Być może niektórym wydaje się to śmieszne, ale niech najpierw pomyśli o rodzinach tych, którzy trafili na łowców skór…nie tych filmowych.
To już 100 lat
Czy wiecie ile lat ma ruch skautowy? 100! Dokładnie 100 lat temu generał wojsk lądowych Robert Baden-Powell zabrał grupę 20 chłopców na Wyspa Brownsa. Tam uczył ich poprzez pracę i zabawę, nie tylko tego jak przetrwać w trudnych warunkach, ale również ich wychowywał. W ten sposób zaczął działalność ruch skautowy, który w kilka lat swoim zasięgiem objął najdalsze zakątki kuli ziemskiej.
W Polsce nie mamy skautów, mamy harcerzy, których skupia kilka organizacji harcerskich - m.in. ZHP i ZHR.
To tak pokróćce. Wkrótce więcej informacji. :D
A pod spodem film z okazji 100 - lecie skautingu! (Świetna muzyka)
|
Zakładki:
A TO O MNIE...KRÓTKO
IMPONDERABILIA
MYŚL NASUNIĘTA
ONI ONLINE
STRONY WARTE KLIKNIĘCIA
|